Profil GdzieMieszkac na Facebook'u

czwartek, 07. july 2016, 18:29
Mieszkać tam, gdzie natura dzieli się swoimi owocami

Mieszkać tam, gdzie natura dzieli się swoimi owocami

Jest takie jedno miejsce na Ziemi, do którego stale wracamy myślami i do którego, z pewnością, wrócimy jeszcze fizycznie. To park narodowy La Campana w Chile. Spędziliśmy tam zaledwie dwa dni, a urzekł nas swoją przyrodą, dzikością i historią.

IMG_0930

IMG_0934

IMG_0961

Aby dostać się do parku, wystarczy pojechać z Santiago do miejscowości Olmué lub do La Calera. My wcześniej odwiedzaliśmy Valparaiso, dlatego jechaliśmy autobusem z Concón do La Calery. Stamtąd wzięliśmy lokalny autobus do Rabuco, a pod bramy parku podjechaliśmy stopem. Właściwie to od oficjalnej bramy parku, do praktycznego wejścia jest jeszcze 2 kilometry. Na wejściu do parku trzeba pozwolić strażnikowy spisać swoje dane paszportowe, określić się ile dni ma się zamiar w nim zostać i opłacić odpowiednią kwotę. Budkę strażnika do pola namiotowego dzielą kolejne dwa kilometry, także zanim dotrze się na miejsce postoju, można już co nieco zobaczyć.

A co można w La Campana zobaczyć? Cały park jest mocno pagórkowaty, więc wypełniają go zielone pagórki, z których sterczą, poza liściastymi drzewami, palmy i kaktusy. Jest tu kilka strumyków, wodospadów i jaskiń i oczywiście szczytów do zdobycia. Na każdym kroku (dosłownie) można spotkać inne zwierzęta, począwszy od owadów, przez różne rodzaje jaszczurek, pająków, węży, gryzoni i ptaków, a skończywszy na koniach i krowach. Skąd wzięły się tam konie i krowy? Zaraz wyjaśnimy.

IMG_1008

Kiedy obudziliśmy się rano pierwszego dnia, w oddali było słychać głośne muczenie krów. Pomyśleliśmy, że gdzieś nieopodal, może już za granicą lasu, jest pastwisko. Muczenie jednak nasilało się z każdą chwilą. Wyszliśmy przed namiot i zobaczyliśmy jak 5 metrów od nas przebiega w dzikim pędzie kilka muczących łaciatych cielsk. Po kilku sekundach dały się słyszeć krzyki i zza kępy drzew wyskoczył koń, a kowboj siedzący na jego grzbiecie machał lassem i próbował dogonić krowy. Udało mu się to nieopodal i nie było to jedyne kowbojskie polowanie, które widzieliśmy tamtego dnia. Później, wieczorem, wracając już do namiotu, widzieliśmy jak grupa kowbojów nagania, pasące się wcześniej na zboczach pagórków konie, które widząc naganiacza, rzuciły się dzikim pędem w dół. Oba te „polowania” nie były absolutnie ustawione pod turystów i w przypadku obu byliśmy jedynymi postronnymi świadkami zdarzeń. Jak się później dowiedzieliśmy, zarówno w Chile jak i w Argentynie konie i bydło domowe wypasa się w naturalnych warunkach samopas, dopóki właściciel nie ma co nich innych zamiarów. W Argentynie widzieliśmy nawet krowy koczujące przy strumieniu na wysokości 3300 metrów!

IMG_0964

IMG_0999

Poza zwierzętami dziko-hodowlanymi natknęliśmy się jednak na wiele gatunków całkowicie dzikiej fauny, jak vizcacha (przypominający królika duży gryzoń) czy tarantulę. Kiedy siedzieliśmy pierwszego wieczoru na ławeczce przed namiotem i jedliśmy kolację, coś delikatnie musnęło moją nogę. Myślałem, że to poruszony wiatrem liść lub trawa. Kiedy jednak spojrzeliśmy pod stół, pomachała nam wielka włochata tarantula. Na szczęście przed wyjazdem czytaliśmy, że tarantule nie są jadowite, więc uniknęliśmy niepotrzebnej paniki.

IMG_0952

IMG_0959

IMG_0993

Historię parku La Campana przybliżyły nam dwie osoby – pewien pan, który przysiadł się do nas na ławce w La Calera oraz przewodnik chilijskiej grupy wycieczkowej, któa przysiadła się do nas, gdy drzemaliśmy pod wiatką naprzeciwko wodospadu w parku :) Park ten odwiedził niegdyś ponoć sam Charles Darwin, gdy spływał pobliską rzeką. Ponadto, co najważniejsze, setki lat temu żyjący tu ludzie potrzebowali 15 minut dziennie, aby zdobyć pożywienie (a więc wszystko co niegdyś było potrzebne) na cały dzień dla ośmioosobej rodziny. Pozostałą część czasu mogli odpoczywać :) Niegdyś tereny te pokrywały głównie palmy, z których czerpano wiele składników, jak olej, kokosy czy liście do budowy chat.

IMG_0986

Dzisiaj flora parku La Campana wygląda inaczej niż niegdyś, wodospady niemal wyschły i prawdopodobnie zaopatrzenie się w żywność zajęłoby nieco więcej, ale wciąż to miejsce pozostaje na szczególnym miescu w naszej pamięci :)

IMG_1009

Jeśli chodzi o szybkie pozyskiwanie pożywienia, na Kubie byliśmy świadkami bardzo szybkich połowów dwóch panów. Wystarczyły im niespełna dwie minuty, aby wytropić, złapać i przesypać do wiaderka całą sieć ryb. Zobaczcie zresztą sami!

Jak myślicie – czy w dużym mieście w jakiejkolwiek części świata dałoby się zaopatrzyć bezpłatnie w naturalne i zdrowe jedzenie w kilka minut? Czy w miastach jest w ogóle możliwe korzystanie z darów natury?




najchętniej czytane

wszystkie

|

miejsca

|

popularne tagi

Zobacz wpisy